W małym świecie małych ludzi są sprawy wielkie




counter widget
web counter

buy soma






RSS
środa, 27 stycznia 2010
Siusiak!

Raz na jakiś czas się to zdarza. Zdarzyło się dziś rano.

– Siusiak, siusiak... siusiak! – zaczęła komentować Mała B., kiedy wpadła rano do zajmowanej przez tatuśka toalety. – A dlaczego? – zakończyła wywód.
– Dlaczego siusiak? – zdumiał się tatusiek.
– No? – oczekiwała wyjaśnień.
– No bo chłopcy mają siusiaki, a dziewczynki pisie – równie ogólnie na ogólne pytanie odpowiedział tatusiek.
Na chwile ją przytkało. Jednak nie tracąc zainteresowania dodała: – A dlaczego siusiasz na stojąco?
– No bo chłopcy mają siusiaki i mogą siusiać na stojąco, dziewczynki muszą na siedząco, bo by sobie buty pomoczyły – zakończyłem obrazowo. Odpowiedź znalazła uznanie Małej B., bo skomentowała ją tym swoim "he, he, he", które czasem oznacza - "wiem, że sobie robisz żarty”, ale tym razem oznaczala "zrozumiałam i nawet mnie to śmieszy”.

Kurcze. Przez ten życiowy pęd nie jestem dobrze przygotowany do udzielania wyjaśnień tak fundamentalnych zagadnień (sam nie mam czasu o tych ważnych sprawach się zamyśleć, jak dawniej). Z drugiej strony, może dobrze, że to tak jest. Wtedy jakoś naturalnie nam wychodzi rozmowa...

Na marginesie dodam, że pytań jest niezmiennie coraz więcej. Ale od jakiegoś czasu Mała B. zaczęła też szczegółowo zgłębiać tematy, więc odpowiedzi nakręcają tylko coraz bardziej szczegółowe, albo coraz bardziej zasadnicze pytania. Tak więc od kwesti wieczornego zwyczaju ludzi – chodzenia spać, docieramy nieraz do obrotu planet, a zatrzymujemy się na tym, skąd wziął się księżyc i inne (na co dobrych wyjaśnień nie posiadam, oprócz tego, że dobry Bóg stworzył nam taki piękny świat).

PS. Kwestia siusiaka wiąże się ze sprawą nieskrępowanej nagości rodzica przy dziecku, ale to już zupełnie inna historia na inny wpis...

wtorek, 26 stycznia 2010
Szał, balony, nagrody

Dziecko mamy nieprzedszkolne (bo dopiero od 1 marca będzie do takiego przybytku uczęszczała), ale za to nadwyraz śmiałe a przy tym – nie bez satysfakcji dodam – grzeczne. No i jeszcze – przełamujące standardy.

No bo na bal nie poszła jako księżniczka, tylko jako potworek. Sama tak wybrała. A na imprezę (byliśmy pierwsi) wkroczyła bez wstydu i strachu. Niektóre dzieciaczki były trochę przygaszone, zawstydzone, a Mała B. z uśmiechem od razu tańcowała z „wróżkami opiekunkami” i grała balonami.

 

bal dzieci

Najwspanialsze dla niej było to, że na sali oprócz miejsca do tańca i konkursów ustawiono też dmuchaną zjeżdżalnię i dmuchany domek do skakania. To był strzał w 10. Mała B. jeździła prawie przez całą zabawę. I nie dawała się odciągnąc nawet, gdy kusiłem ją pójściem do stołu ze słodyczami (wyobrażacie sobie?!).

Czasem udawało się tatuśkowi przekonać ją do wzięcia udziału w konkursach. Chociaż zwykle w połowie jej się nudziło - wykonywała odwrót i sprint do zjeżdżalni. Ale oczywiście na hasło: odbieramy nagrodę, gnała do kolejki i z wszystkimi dziećmi odbierała prezent.

Krótko mówiąc: było bosko. Miło było patrzeć, jak wspaniale się bawi. Oby przedszkole dało jej równie wiele radości.

piątek, 22 stycznia 2010
Pierwszy bal

Już jutro pierwszy bal Małej B. Będzie ok. 80 dzieciaczków. Konkursy, nagrody, piosenki, tańce...

Bardzo jedem ciekawy, jak będzie wyglądała Mała B. na swojej pierwszej balowej imprezie. I czy rodzice opanują wzruszenie?

Wczoraj już zaliczyły z mamą wizytę w wypożyczalni strojów. Mała B. wybrała sobie... strój potwora!!! Czyli jednak poszła w kierunku, który zapowiadała (chciała pierwotnie strój wilka z Czerwonego Kapturka). Strój jest z filmu „Potwory i spółka”. Mała B. będzie przebrana za tego większego:
potwory i spółka

 

Samego filmu nie oglądała. Raz tylko, kiedy - nie przemyślawszy sprawy – włączyłem jej to, widziała początek. Ale widać było, że się wystrasza coraz bardziej i zorientowałem się, że się boi. Niedawno zacząłem się też zgadzać z mamuśką, że oglądanie niektórych bajek odbywa się z Wojnieżem nie dlatego, że ona go tak kocha. Tylko dlatego, że wtedy mniej się boi Czawara z Alladyna i innych strasznych okrutników. :)

Ach ten pierwszy bal...

Poranek ojca

Dawniej wyglądał tak, że Mała B. budziła tatuśka głośnym życzniem "zrób mi mlećko". Zaspany tatusiek dreptał do kuchni, podgrzewał mleko dosypywał kakao ("tylko nie mieszaj!" - zaznaczała Mała B., która lubiła ciemny kolor na dnie butelki), wręczał dziecku, włączał bajkowy kanał BBC i ucinał smaczną drzemkę...

Trzylatka wybudza się znacznie szybciej. Czasem - tak jak niedawno - znudzona moim chrapaniem budzi mnie uderzając lekko "z główki", więc od razu tatusiek budzi się "nie w sosie". Zanim zdąże się ogarnąć, muszę już odciągać ją na siłę od pojemnika ze świątecznymi ciastkami (ostatnio z mamuśką upiekły kolejną porcję). Potem trzeba już zacząć przygotowywać śniadanko. A że dziecko ostatnio ma "długie zęby" na jedzienie, to trzeba się nagłowić...

 

Jeśli tatusiek nie ma nocnego dyżuru, to po śniadaniu zostaje nam właściwie niewiele czasu na zabawę i rozrywkę. A jeśli ma czas, to zaczyna mieć dylematy. Na przykład dziś: czy pooglądać trwający mecz Nadala na Australian Open, czy układać jednak puzzle z córeczką... Czasem - jak dziś - wybieram przyjemność dla siebie. Nie bez wyrzutów sumienia - wciąż wydaje mi się, że mam tak mało czasu dla dziecka, więc powinienem jak najwięcej uwagi poświecać właśnie jej. Tyle, że czasem trzeba zrobić coś dla siebie, żeby nie zwariować od pracy.

A kiedy już zakończy się mecz, to trzeba będzie zacząć przygotowania do obiadu. Na szczęście zwykle zostają mi do usmażenia frytki lub do ugotowania ziemniaki, bo mamuśka zostawia już przygotowane klopsiki, schaboszczaki czy sosy. I dobrze. Samo nakarmienie wymaga już wystarczająco dużo wysiłku ;) Niestety nie zawsze działa magia pięknego podania:

obiad dla dziecka

 

Wtedy korzystam z gróźb. Najczęściej wystarczy powiedzieć, że po obiedzie nie będzie żadnego słodycza w nagrodę...

Nasze poranki kończą się pogonią po mieszkaniu celem ubrania dziecka (jakby to powiedział jakiś posterunkowy). Potem spocony tatusiek wybiega pędem z samochodu, bo jeszcze czegoś zawsze zapomni.

Wtedy jeszcze tylko 30-minutowa podróż przez miasto i już można spokojnie odpocząć po tym poranku w pracy ;)

wtorek, 19 stycznia 2010
Meet the Wojnież

Rodzina nam się powiększyła i to już jakiś czas temu, więc w końcu należy o tym wspomnieć. Oprócz tatuśka, mamuśki, Małej B. i Heli (kudłatej przybłędy, którą chyba już 7 lat temu przygarnęliśmy) są jeszcze:
Wojnież - lalka bobas, koniecznie bez ubranka, materialny braciszek Małej B.
Piotruś - wymyślony braciszek Małej B., którego tylko ona widuje i się z nim bawi
Alladyn - to kolejny wymyślony towarzysz zabaw, choć czasem sama Mała B. się w niego zamienia

Wojnież jest najstarszym z tego towarzystwa. W okresie dwuletnim Mała B. zaczęła nagle zabierać go wszędzie (bez niego nie ogląda nawet bajki) i sypiać z nim. I przelała też na niego większą część swoich uczuć (zobaczylibyście, jak ona go tuli i całuje...). Chociaż czasem Wojnież ląduje na twardej podłodze, ale to tylko wtedy, gdy Mała B. ma nerwy. No, albo gdy Wojnież coś zbroi. Wówczas braciszek-lalka płacze. Bo on czasem płacze i mówi głosem Małej B.
Przydaje się także jako obiekt odreagowania. Jest przynajmniej ktoś, na kogo Mała B. może nakrzyczeć i postawić do kąta.
Skąd wzięło się jego zagadkowe imię? Tego nie wiadomo. Po prostu raz tatusiek zapytał, jak on ma na imię i usłyszał, że... Wojnież. I tyle.
Jego status "braciszka" także jest tajemniczy, ponieważ Mała B. twierdzi, że urodziła go sama...
Wojnież objechał z nami pół Europy (na zdjęciu na Eurocampie w Toscanii). Być może Piotruś także, ale tego nie możemy potwierdzić, gdyż Piotruś, jak wiadomo, dla nas jest niewidzialny.

 

 

Piotruś pojawił się nie jakoś tak niedługo po Wojnieżu. Czasem po prostu niewidzialny chłopiec bawił się z Małą B. Co ważne, także on jest braciszkiem. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, to Piotruś jest starszy od Małej B.

Szał z Alladynem zaczął się po Mikołajkach. Święty Mikołaj u babci Joli zostawił dla Małej B. książkę o Alladynie z ilustracjami z bajki Disney'a. No i zaczęło się. Od tamtej pory Alladyn stale jest obecny w naszym domu. Czasem jako niewidzialny przyjaciel, który w zasadzie już wyparł Piotrusia. Czasem po prostu Mała B. sama jest nagle Alladynem, co bywa nieprzyjemne, na przykład, gdy uznaje tatusia za "złego rycerza" i nagle zaczyna okładać mnie plasitkowym kręglem (czyli oczywiście mieczem). Szał z Alladynem pogłębił się po obejrzeniu bajki Disney'a na DVD.

PS. W sobotę idziemy na bal karnawałowy dla dzieci do tatuśka do pracy. Dziś powiedziałem Małej B. o imprezie i spytałem, jakie chce mieć przebranie (wczoraj wieczorem żartowałem z mamuśką, że pewnie będzie rycerzem, a nie jakąś tam 50. na sali księżniczką). Mała B. stwierdziła, że chce być... wilkiem z Czerwonego Kapturka. Łaaaaaaaaaa!!!!

środa, 13 stycznia 2010
Pzeciez dziewcyny tak mają

Dziś rano. Zajadamy śniadanie. To znaczy tatusiek zajada, Mała B. jak zwykle skrobie jednym zębem swoją zapiekankę. Podstępny tatusiek korzysta z faktu, że Mała B. przypatruje się swoim bimbającym nogom i zapodaje podprogowo-edukacyjnie:
– Widzisz, jakie masz chude nogi? Musisz więcej zjadać na śniadanka
– No co ty, tato?! Pzeciez dziewcyny tak mają, że mają chude nogi...

I co miałem odpowiedzieć, jako mężczyzna. Te co mają chude, są ładniejsze od tych z grubimi – fakt. Jeden zero dla Małej B.

 

PS. Po południu wpakowała mi się jeszcze do łazienki, gdy akurat spuszczałem wodę w klozecie. Spojrzała z miną znawcy na kibelek i podsumowała: – No, i poleciało do ANALIZY!

poniedziałek, 21 grudnia 2009
Dziecko zasypia samo. Lepiej, a jednak czegoś żal...

Bo tatusiek w końcu nie wytrzymał. I przedwczoraj przekonał Małą B., że potrafi zasnąć w łóżeczku sama, że jest już duża i w ogóle. Albowiem od dłuższego czasu marzył tatusiek, by nocne igraszki zakończyć na dwóch książkach (oby jedna z nich nie była wieeeeelkim zbiorem bajek) i kilku przytulaskach i pocałunkach na dobranoc.
Miał bowiem dość godzinnego leżenia obok Małej B. na jej maleńkim łóżeczku, z którego nogi mu wystają, albo trafiają na krawędż, co odcina krążenie (a co się z tym wiąże, tłumaczyć nie trzeba - dodam jednak, że ruchy i przesuwanie nóg utrudniało obowiązkowe zachowanie ciszy potrzebnej, by w końcu Mała B. wpadła w objęcia Morfeusza).

W każdym razie nie od razu się skończyło (było kilka prób wołania, odwiedzin tatuśka w pokoiku, i ostateczne zaśnięcie przy otwartych drzwiach - dzieci mają swoje strachy, ale o tym w kolejnym odcinku). Ale się skończyło.

I wiecie co? Niby jest, ten tego, fajnie. No bo godzina więcej do życia, to dla ludu pracującego jak tatusiek wiele cennego czasu. I można se pogadać z mamuśką dłużej. No po prostu lepiej.
Jednak tak miło było w sumie, gdy Mała B. w łóżeczku szeptała:  "Tatuś? Podrapieś mnie po plećkach? Długo?" I fajnie było, gdy tak się przytulała, nie mogąc zasnąć. A to dzieciństwo przecież tak szybko mija. I jak długo jeszcze byśmy tak sobie w małym łóżeczku zasypiali przecież? Dlatego do dziś nie wiem, czy to lepiej. Wygodniej na pewno. Ale czy lepiej?

"Na szczęście" Mała B. ląduje czasem w nocy w naszym łóżku. Jak się obudzi, to przyłazi razem z tym swoim Wojnieżem (o nim też będzie odrębna notka, bo to długi temat). Dziś, gdy mamuśka także położyła ją samą, Mała B. niechętna jeszcze do tego nowego sposobu musiała odragować i wyraźnie mamuśce zaznaczyła, że wprawdzie nie może teraz się z mamuśką juz przytulać na małym łóżeczku, ale: "I tak będę do was przychodzić w nocy, jak się obudzę!"

PS. sponsorem wpisu jest Mazowieckie, browar Konstancin. Niepasteryzowane, ale takie sobie. Ten browar już drugi raz mnie rozczarował. Trzeciego razu nie będzie

A na osłodę zdjęcie z Łazienek niedługo przed tym, zanim sypnął śnieg...

 

 

piątek, 18 grudnia 2009
Święta w dużym mieście

Wyglądają tak, że szkoda gadać... Ludzie zamawiają gotowe wigilijne dania w restauracjach, wyjeżdżają na świąteczne wycieczki, biegają w amoku po galeriach handlowych i kupują zamiast pachnącego świerku jakieś jodły kaukaskie za pierdyliard złotych - to tak w skrócie.

Niestety i nas dotyka ta choroba. Chodzi o choinkę. Jeśli mielibyśmy ją tradycyjnie ubrać - jak do tej pory - w samą Wigilię, to oznaczałoby, że wcale się nam jej nie opłaca kupować. Bo na święta wyjeżdżamy do rodziny i jak wrócimy, to oglądalibyśmy już osypane igły :(

Dlatego dziś idziemy z Małą B. po naszą choinkę. Gdy jej to właśnie powiedziałem (a leżymy jeszcze w łóżku), to z radości mnie ściskała i całowała.

 

Bo ona od kilku tygodni marzy o tych kartonach z bombkami. Ciągle się dopytuje, kiedy będzie mogła tam pogrzebać. Zaraz się zwlekamy, tatuś zagrzeje paróweczki i pędzimy po drzewko. Będzie prawie jak za tatuśka czasów na wsi - weźmiemy sanki i na saneczkach ją przyciągniemy, bo śniegu u nas, że ho ho, a i sprzedaż choinek blisko (fakt, że na wsi to z siekierką do lasu jechaliśmy. No cóż, w tym wypadku "prawie" robi wielką różnicę).

A potem zaczekamy, aż mamuśka wróci ze szkoły i pójdziemy po te tajemnicze kartony
z bombeczkami...

PS. Zarządziliśmy ostatnio na Gogol Bordello z mamuśką. A tatusiek już nabył bileciki na letni koncert w Warszawie, gdzie pojawi się Metallica :)

 

wtorek, 24 listopada 2009
Diagnoza: "jakaś infekcja". Leczenie: "antybiotyk"

Mała B. katarzyła od tygodnia. Syropki, czosnek i mleko z miodem nie dały rady. W końcu w nocy obudziła się z gorączką ponad 39.

Mamuśka skoczyła najpierw do przychodni publicznej. Starsza pani uznała, że to "infekcja" (ja! nie ma to jak diagnozna lekarska) i zapisała antybiotyk miejscowy bioparox. Tatusiek uznał, że ładowanie antybiotyku tak bez wymazu i bez sprawdzenia, jakie bakterie czy wirusy zaatakowały Małą B. jest w dzisiejszych czasach troche nie ten tego (krótko mówiąc pójściem na lekarską łatwiznę - sam bym mógł jej zapodać bioparox na "infekcję dróg oddechowych" kur...).

Następny lekarz w prywanie opłacanym LuxMedzie nie okazał się lepszy (pech chciał, że naszej pani - takiej w miarę mądrej - w tej przychodni nie ma do piątku). Też zaordynował antybiotyk. Po proteście mamuśki stwierdził, że "możemy jeszcze spróbować bez antybiotyku" i zapisał... maść do nosa z antybiotykiem. Ech... szkoda gadać. Tyle tylko, że sam z siebie zalecił wymaz przed antybiotykiem.

Efekt taki, że po wożeniu dziecka od lekarza do lekarza przez pół dnia, coś trzeba było z tą biedną Małą B. zrobić. Bo wożenie jej do trzeciego znachora chyba byłoby jeszcze gorsze (gorączka + podróż samochodem + wychodzenie na powietrze po raz trzeci itd.). Zdecydowaliśmy się dać jej ten bioparox (w końcu na szczęście jest miejscowy i mogą go brać nawet kobiety w ciąży).

Ale po tej chorobie i po tym lekarskim niechlujstwie decyzja jest jedna: znajdziemy jednak prywantego, dobrego pediatrę. I to z polecenia kogoś, kto ma dzieci, które nie wciągają antybiotyków przy każdym katarze.

Z zasmarkanym pozdrowieniem!

piątek, 20 listopada 2009
Grunt to dobre wychowanie

Kłaniam! - mówiłaby Mała B., gdyby była najsłynniejszym strażnikiem miejskim w Polsce, a od niedawna całkiem - pożal się boże - politykiem. Ale, że nim nie jest, to mówi zwyczajnie: Dzień Dobry!

Niezwyczajne jest tylko to, że mówi to prawie wszystkim napotkanym osobom. W supermarkecie odpuszcza i mówi tylko wybranym (kryteriów wyboru nie znam, zapytam i wam napiszę. Teraz zapytać nie mogę, bo wróciłem z szychty i dziecka śpią).
Grzecznie mówi to najbliższym sąsiadom, czyli temu, kto akurat minie nas na klatce. Sąsiadom dalszym - tym, którzy mijają nas na chodnikach w naszej wsi. I mówi też dzieciom (tak od gimnazjum).
Zwykle ludzie mile się uśmiechają i odpowiadają. Co zapewne utwierdza Małą B., że słusznie czyni. Czasem - dzieci często - w ogóle nie odpowiadają (są albo zbyt zaskoczeni, albo zbyt w dupie to mają). Wtedy Mała B. ma pewien rodzaj dysonansu poznawczego (zgaduję to po jej minie i zamyśleniu). Ale do tej pory nie spytała jeszcze, dlaczego niektórzy się odkłaniają a niektórzy nie. I czy to co robi, ma sens, skoro zasada się nie sprawdza.

Na razie chamstwo zwalcza dumom i godnościom osobistom, nie poddając się i nadal radośnie meldując napotkanym przechodniom głośne: Dzień Dooobry!

Bo my to w rodzinie grzeczni jesteśmy i trudnimy się zbieractwem (aktualnie liści, które nalepiamy w niewiadomym celu na białe kartki w domu. Bo wydaje się nam, że to fajnie i ładnie).

 

PS Sponsorem wpisu jest Okocim Premium Pils (zdaniem tatuśka jedno z najlepszych ostatnio polskich piw)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6