W małym świecie małych ludzi są sprawy wielkie


Przychodnia Weterynaryjna 4 Łapy - Olsztyn




watson soma
Relaxant pills


buy soma






RSS
wtorek, 20 grudnia 2011
Będzie LEGO dla dziewczynek, ale dopiero na Wielkanoc

Niedawno pisałem, że LEGO dyskryminuje dziewczynki. I że w związku z tym Mikołaj albo Gwiazdor ma zadanie utrudnione (bo jak tu przynieść takiej Małej B. komisariat policji albo cysternę i rycerzy, skoro jej to absolutnie nie kręci).

Marną pociechą były dwa domki z serii CREATOR i słaba seria BELLA VILLA.

Ale to się zmieni. Dowiedziałem się, że LEGO dostrzegło w końcu klientów z kucykami i warkoczykami. Będą serie kloców dla dziewczynek. W polskich hurtowniach w kwietniu pojawi się seria LEGO FRIENDS.

O takie na przykład:

Niestety wszystkie, jakie widziałem pozwalają na dużo mniej kreatywną zabawę, niż zestawy chłopięce. Ale co tam. Ważne, że w ogóle jest postęp.

A teraz państwo wybaczą, już nie mogę się dłużej porozpisywać, bo muszę zająć się karpiem. Gdyż karp usadzony w galarecie zasili rodzinną wigilię, na którą to lada dzień wybieramy się wszyscy. Mała B. odlicza dni do spotkania z Gwiazdorem.


wtorek, 06 grudnia 2011
Znów będę ojcem... córki

Nie wiem, jak to jest ale poczułem się dziwnie przygnębiony, gdy dziś na badaniu USG lekarz stwierdził: dziewczynka.

Kocham moją pierwszą córkę – Małą B. Nie zamieniłbym jej na żadnego syna. Ale czekając na drugie dziecko robiłem sobie taką małą, malutką wewnętrzną nadzieję, że będziemy mieli też chłopca. Tym bardziej, że to prawie na pewno nasze ostatnie dziecko. Wyobrażałem sobie, że kiedyś będę z nim kopał piłkę, bawił się resorakami, pistoletami i takie tam męskie zajęcia...

Ale nie. Nie będę miał syna.

Zaraz po USG zrobiło mi się przykro. Nie dlatego - broń Boże – że nie chcę kolejnej wspaniałej córki. Bardziej dlatego, że nie zrobię już nigdy w życiu tych męskich rzeczy z własnym synem. Że pewne sprawy, przeżycia, doznania, w moim życiu są już niemożliwe.
Pierwszy raz doznawałem tak ambiwalentych uczuć. Ogromna radość podszyta lekkim smutkiem. Taka mała łyżka dziegciu w ogromnej beczce miodu. Mamuśka też odczuwała coś takiego, ale znacznie słabiej.

Teraz cały smuteczek gdzieś się w tej radości rozpłynął. Ulotnił się i nie czuję zupełnie żadnej zadry. Już tylko radość. Że moja kochana DRUGA (pamiętacie "Historię kina w Popielawach"?) jest zdrowa, piękna, i że sobie piąstkami buzię zasłaniała podczas badania. I że niebawem będziemy mieli taką większą fajną rodzinę.
Dzielę całą tą radość z Małą B., która od początku prosiła o siostrzyczkę i dziś rano żartem (ale jednak) zaznaczała, że jak będzie braciszek, "to go wywali z domu", a po południu już po wiadomości od mamy podskakiwała z ekscytacji.


Bo jedna córka to skarb, a dwie - o ho ho!!! A poza tym jest kilka rzeczowych argumentów:
- przy dużej różnicy wieku wynoszącej prawie 6 lat, to córki będą miały lepszy kontakt niż siostra z bratem w analogicznej sytuacji 
- córki są tatusiów (wiadomo)
- łatwiej o sukces sportowy w kobiecym sporcie (może być debelek, albo i dwie singlistki)
- dziewczyny są grzeczniejsze
- dziewczyny mogą robić dokładnie wszystko to co chłopcy: vide Mała B. (oprócz sikania w pewien sposób – a i tu są wyjątki, o czym Wam napiszę niebawem)

Pozostaje nam tylko jeden problem. Imię dla chłopca udało nam się już jakoś uzgodnić. Dla dziewczynki wciąż nie możemy się zdecydować. Ciekawy jestem, co sądzicie o propozycjach, które omawiamy najczęściej.



wtorek, 29 listopada 2011
LEGO dyskryminuje dziewczynki!

Mikołaj vel Gwiazdor zapytał tatuśka, z czego też w tym roku ucieszyłaby się Mała B. Okazało się, że ma taki sam pomysł – rozpoczęcie przygody z nieśmiertelnymi klockami LEGO. I co? I chyba jajco. Bo legendarne klocki mają w DUPLO dziewczynki.

Samolot, motorówka, policyjny komisariat, straż pożarna, ciężarówki, rycerski gród, podwodne potwory, kosmiczne statki, samochodowe wyścigi, piraci – nie ma sprawy. A dla dziewczynki? Marne namiastki domków dla lalek i jakieś pacześniackie malutkie zestawy domków z ludzikami we wiaderkach i dziadowskie z hello kitty.

LEGO ma kilka kategori.
Dla chłopców co najmniej 15 serii: Star Wars, City, Technic, Racers, Hero Factory, Atlantis, Bionicle, Pirates, Kingdoms, Castle, Power Miners, Space Police, Ben 10, Indiana Jones, Prince of Persia.
Dla dziewczynek seria jedna: belville. I to słaba.

Nie liczę drobnych zestawów z okupującym zewsząd zabawki hello kitty, czy takich ogólnopłciowych jak Harry Potter czy Toy Story. Od biedy wybrać można coś z zestawów Creator. Ale to zaledwie dwa domki. Reszta chłopięca raczej albo beznadziejna.

Oczywiście moja córka, jak tylko będzie chciała, będzie miała straż pożarną, komisariat i potwory z Ben 10. Bo ja nigdy nie wtłaczam jej w te dziewczęco-chłopięce schematy i sam podsuwam czasem zabawki, które są dla chłopców.
Ale wiem już z doświadczenia, że takie chłopięce zestawy LEGO jej tak bardzo nie kręcą.

I co ja mam powiedzieć Mikołajowi? Że legendarna fabryka pozbawia tak wielkiej przyjemności moją córkę?

Źle się dzieje w państwie duńskim...

LEGO

niedziela, 27 listopada 2011
Jak niepłakać przy szczepieniu

Dziś z dawno nie rozbudowywanej serii instrukcje (tak, tak, lubię Cortazara. Zwłaszcza te: jak płakać oraz jak nakręcać zegarek)

Do niepłakania przy szczepieniu potrzeba:
- wezwanie z przychodni POZ (które można odebrać miesiąc później, bo się  przeprowadziło i adres się zapomniało nowy podać. Ale dobra sąsiadka przyniosła)
- dziecko odpowiadające danym na wezwaniu
- rodzica (tu chyba najlepiej ojca jednak)
- przychodnię (może być taka, przy której nie ma nigdy miejsc parkingowych, więc ma się jeszcze czas na relaksujący spacer od samochodu do lekarza)
- panią pielęgniarkę z igłą, strzykawką i niegroźnymi zarazkami np. polio (ach... to akurat na język. nie wyszło mi)

Sposób postępowania:
Dziecko, najlepiej ze spokojnego chowu i inteligentne, doprowadzamy do stanu zaufania rodzicom – przy czym okres ten powinien znacznie poprzedzać wycieczkę do przychodni, a właściwie trwać od okresu niemowlęcego. Następnie informujemy o konieczności udania się do właściwej przychodni zdrowia celem podania szczepionki. (oprócz Cortazara lubię też słuchać jak mówią policjanci, albo czytać ich notatki służbowe).
Dziecko dopytujące rozczarowujemy: owszem szczepienie będzie podane za pomocą iniekcji – najpewniej podskórnej.
WAŻNE. Nie oszukujemy i przyznajemy, że będzie bolało. Ale zaznaczamy też, że będzie to ból mniejszy niż przy pobieraniu krwi (ma to zastosowanie u dziecka, które takie pobieranie już przeżyło i wie, czym to pachnie). I – co może mieć zasadnicze znaczenie – znacznie krócej trwający.
Obrazujemy podobieństwo do użądlenia pszczoły, aby – po uzyskaniu połączenia z odpowiednio wykształconym w umyśle dziecka polem semantycznym – uzyskać kolejny efekt łagodzenia (tu samo przeżycie użądlenia nie jest koniecznie – wystarczy, że dziecko kiedyś obserwowało – jak w naszym przypadku – że ojca pszczoła ucięła).
Przed wyjściem i w drodze do przychodni upewniamy małego pacjenta, że to nic strasznego. Budujemy w nim poczucie, że jest on dzielny, wytrzyma i nawet pewnie nie stęknie. Bo jest wielkim bohaterem.
Dziecko, które całą drogę opowiada, jak to ono się nie boi, może przeżyć krótkotrwałe załamanie poczucia własnego bohaterstwa i przyznać tuż przez zabiegiem, że jednak się boi. Nie reagujemy nerwowo. Uspokajamy po raz kolejny.

Sprawdzanie prawidłowego wykonania:
Gdy dziecko siedzi spokojnie i spogląda, jak pani pielęgniarka wbija mu igłę w ramię. Gdy na jego twarzy nie pojawia się nawet grymas (nawet grymas, powiadam!). Gdy z uśmiechem przytrzymuje wacik i mówi „do widzenia” pani pielęgniarce. Wówczas możemy być pewni, że niepłakanie przy szczepieniu wyszło nam wzorcowo.

PS. Samo płakanie przy szczepieniu złe nie jest. Ważne, by nie było histerii. Bo łzy czasem po prostu popłyną z bulu (pisownia zgodna z lansowaną przez głowę państwa).

piątek, 25 listopada 2011
Mentos śmierci

Dziś wstrząsająca relacja mamuśki, którą właśnie usłyszałem.

Zaczęło się niewinnie. W każdym horrorze tak jest. Mamuśka odebrała Małą B. z przedszkola i tradycyjnie wracały spacerem do domu. Córka żuła przy tym słodycza. Tym razem akurat mentosa. Żuła i coś tam mamlała, mówiła.

W pewnym momencie oczy Małej B. stały się duże. Mówienie ustało. Bezruch. Otwarte usta. Kilka sekund, a jak wieczność. Przytomna mamuśka zaczęła akcję ratunkową od klepnięcia w plecy. Na szczęście nie trzeba było stosować innych sztuczek. Mała B. przełknęła feralnego mentosa. Ufff....

W związku z nieszczęsnym mentosem przypomniały mi się jeszcze dwie hardkorowe sytuacje (na szczęście przez 5 lat były w sumie tylko trzy): jabłko śmierci i chrupek śmierci.

Jabłko śmierci przeżyłem ja sam. Mała B. była wtedy jeszcze jakoś tak – tak myślę – około dwuletnia. Może mniej. Chyba mniej. No i karmiłem ją jabłkiem. Obranym i pokrojonym w ćwiartki. Trzymałem, a ona sobie po kawałeczku tymi swoimi dwoma chyba wtedy ząbkami odgryzała. I przy jednej z ćwiartek, gdy został mi w ręku mniejszy, ale całkiem jeszcze spory jak na jej ówczesną paszczę kawałek, stało się. Po prostu wyślizgnął mi się z palców, a ona wciągnęła całość. Te sekundy pamiętam do dziś. Patrzyłem oszołomiony na dziecko, które nie bardzo wiedziało, co się dzieje. Zatkało ją. Dosłownie. Kiedy te 2-3 sekundy oszołomienia minęły i już zaczynałem w myślach wybierać, jak ratować, przełknęła... z najwyższym trudem, ale udało się.

Chrupek śmierci przytrafił się wujkowi Marcinowi, który opiekował się Małą B. pewnego dnia, gdy szczęśliwi rodzice mogli choć na kilka godzin pojechać gdzieś sami. Córka była w porównywalnym wieku do przygody z jabłkiem. Onkel jako paszę podawał chrupki, które Mała B. radośnie maczała sobie najpierw w homogenizowanym serku. No i taki jeden chrupek też utknął. Na szczęście chwilowo, jak się okazało. Onkel też miał stan przedzawałowy.

I tak sobie właśnie myślę, ilu z Was – czytający bloga – wie, jak postępować w takiej sytuacji. Ilu z Was powiedziano to np. na szkole rodzenia albo u lekarza pediatry?!

wtorek, 11 października 2011
Rodzicielskie rozterki: na jakie zajęcia z dzieckiem

Gdy Michael Jackson miał 6 lat dołączył do rodzinnego zespołu The Jackson Brothers. Dziesięcioletni Macaulay Culkin właśnie zaczął zarabiać miliony jako Kevin sam w różnych miejscach.

Mała B. ma już lat 5. Gdybym był ojcem Jacksona, to właśnie powinienem zacząć ją bezwzględnie trenować/tresować. Ale na szczęście (dla niej) nie jestem. Myślę jednak, że dziecko w takim wieku może już zacząć rozwijać jakieś zainteresowania czy umiejętności. Oczywiście ciężar ich podsunięcia, a raczej zaobserwowania, co by tu najlepiej podsunąć, spoczywa na rodzicach.

Żyjemy w takich czasach, że problemem nie jest dostępność zajęć (o ile nie mówimy o portfelu), ale nadmiar propozycji. Karate, judo, taniec, origami i tak dalej...

Większość rodziców dziewczynek w pewnym momencie życia wysyła je na tańce. Dla mnie jest to jedna z najmniej ciekawych propozycji. Choć pewnie najbardziej pożądana przez dziewczynki w tym wieku. Tatusiek wychodzi z założenia, że pląsać to równie dobrze można w domu i mało z tego wynika (jak pokazują moje obserwacje dziecięcych karier tancerek).

Sport – to co innego. To jest dla dzieciaka i zdrowe, i ciekawe, i kształtujące charakter. Ale jaki sport wybrać? Tu akurat z pomocą przyszła nam intuicja i rodzicielska obserwacja. Małej B. od długiego już czasu dobrze wychodziło odbijanie rakietką. I w dodatku miała takie zacięcie, że gdy w prezencie dostała rakietę i gąbkową piłkę, zamknęła się na godzinę w pokoju, gdzie tak długo próbowała, aż jej wyszło, i dopiero wówczas zaprezentowała się rodzicom.

Zatem tatusiek stawiał na tenis. Bo Mała B. rwie się do niego sama. Był jednak mały szkopuł. Indagowana o przyszłość córeczka zaznaczała, że owszem, będzie może i tenisistką, ale najpierw BA-LET-NI-CĄ.

To zgadnijcie, co wybraliśmy?

To:

 

czy to:

 

Tych, co już wiedzą, proszę o dochowanie tajemnicy

niedziela, 09 października 2011
Mała B. przy urnie wybierała sobie króla

– Dziś po kościele pójdziemy na wybory – zapowiedział tatusiek przy śniadaniu i wytłumaczył – Będziemy na kartkach zakreślać, którzy ludzie mają rządzić naszym krajem.

Przeżuwająca kanapkę Mała B. zachwyciła się: – I ja będę mogła wybierać?!
– Oczywiście, ja ci trochę pokażę i razem zaznaczymy – odparłem.
– A czy będę mogła wybrać Ciebie?

Tatusiek poczuł oczywiście pewną dumę i już, już widział siebie w rządzie, ale z przykrością musiał uświadomić córkę: – Nie. Tam już są specjalne listy specjalnie wybranych ludzi i na nich będziemy głosować.
– A na Bartka będę mogła głosować? – dociekała dalej Mała B. Kiedy zapytałem, jakiego Bartka ma na myśli, wzruszyła ramionami i poszła się bawić (co oznaczało zapewne: no co ty! Bartka nie znasz?!).

Gdy spacerkiem zmierzaliśmy do lokalu wyborczego, Mała B. zajadając się kupionymi po mszy obwarzankami, podskakiwała i nie mogąc się doczekać, zapytała: – To kiedy w końcu pójdziemy wybrać sobie tego króla?
Wytłumaczyliśmy, że już niebawem. I potem oczywiście musieliśmy jej dać skreślać kandydatów (to stresujące, bo przecież inny znaczek niż krzyżyk unieważniał głos).

Pewnie Mała B. nie wytrzyma do 21, żeby choć w sondażach zobaczyć, czy wygrał jej król...

wybory 2011,Mała B.

poniedziałek, 26 września 2011
Straszna pamiąka z wakacji - ostrożnie z henną!

Wakacje już daaaaaawno za nami. W naszym ogrodzie już liście opadają. Ale wciąż przypominamy sobie leniwe pobudki i śniadania na tarasie przy 32 stopniach Celsjusza. Niestety nie tylko zdjęcia i leżakujące wino sprawiają, że wciąż wracamy do tamtych dni.

Mała B. jest żywą pamiątką. A właściwie malunek na jej ramieniu. A w zasadzie straszne uczulenie, które wyszło jej dopiero po powrocie z wakacji.
Bo w ostatnich dniach wypoczynku, kiedy córka była niezmiernie nieszczęśliwa (zmył jej się naklejankowy tatuaż), my źli, durni, nieprzewidujący rodzice, daliśmy jej pomalować rękę henną. I tak na ramieniu nosiła długi czas rysunek Hello Kitty.

Aż pewnego pięknego poranka henna (a raczej to coś z chemią) zniknęła już całkiem. Wtedy tatusiek zobaczył na ramieniu Małej B. takie straszne coś:
tatuaż henna uczulenie

I zaraz zadzwonił do mamuśki, która umówiła się do dermatologa. Tam pani doktor uświadomiła nas, że to częste przypadki. Cała ta zabawa z henną - tak popularna nad polskim morzem i za granicą - nie jest po prostu zdrowa. A dla uczulonych na jakieś chemiczne utrwalacze kończy się właśnie taką reakcją.

Dostaliśmy sterydową maść. Smarujemy. Trochę zmalało po dwóch tygodniach. Trzeba będzie jednak iść na jeszcze jedną wizytę. I modlić się, żeby Hello Kitty nie został jej na zawsze.

Nigdy więcej henny!!!

Ale wakacje, owszem. Chcemy następne. I już za tym tęsknimy.

Brela Brać Złoty Róg

sobota, 17 września 2011
Pierwsza praca domowa, pierwsze łzy

Bo to wszystko trochę zwariowane jest. Czas za szybko biegnie. I oto Mała B. jest już w zerówce (czyli za rok do szkoły, o ile pani obcięta na michę Hall sobie jeszcze sprawy nie przemyśli i nie zmieni ze dwa razy).

A jak w zerówce, to żartów nie ma. Żarty się skończyły, jak powiedział jeden. Książki do zerówki kosztują 160 zł, to żartów z nimi być nie może.

A co jest, jak nie ma żartów? No prace domowe są, proszę państwa. Wczoraj Mała B. przyniosła taką pierwsza pracę z przedszkola. Czyli rysunek do pokolorowania. No i wieczorem ledwie coś kredkami zarysowała, a już spać trzeba było. Bo to był dzień jak co dzień dla ojca (czyli od rana do nocy praca) i dzień trudniejszy dla mamuśki (bo do wieczora zebranie).

I tu się właściwa opowieść zaczyna. Rano tatusiek próbował zachęcić córcię, coby ładnie pracę domową dokończyła. Żeby nie było, że ona jakiś nieuk, a my - rodzice niedopilnowujący i niedbający o dziecię.
Ale jak to rano. Tatusiek na chwilę przepadł w kompie, a Mała B. skupiła się na śniadanku a potem rozłożyła plakatówki i zaczęła mazać. Takie mazy. I tatusiek po chwili zerknął, jak ona pokolorowała to, co miała. I nie był zachwycony. Uznał, że to takie bez przemyślenia. Że owszem, własne, ale jakieś nie na poziomie.

A Mała B. najpierw spuściła głowę, a potem w ryk. Bo to była chyba pierwsza krytyka ojca. Nie mogła przeboleć, że zrobiła coś, co mi się nie podoba. Musiałem tłumaczyć, że mi się bardzo podoba, tylko że można lepiej (tato? widzisz? jestem twoim klonem :)

Ostatecznie chyba zrozumiała. Była to pierwsza domowa lekcja. Dla nas wszystkich.

PS. Sory za niezborność. Sponsorem wpisu jest kasztelan niepasteryzowany i zmęczenie...

niedziela, 03 lipca 2011
Rozmowy przy wycinaniu.... ziemniaków

Mała B. chętnie pomaga w domowych zajęciach. Dziś zasiadła z tatuskiem do obierania ziemniaków. To jest dla niej naprawdę męcząca praca, bo przecież nie może używać ostrego noża. A takim z ząbkami nawet zdrapywanie skórki z młodych ziemniaczków jest trudne. Ona jednak jest zawzięta.

Przy ziemniakowej robocie trochę sobie gawędziliśmy. Jak ojciec z córką. Wytłumaczyła mi na przykład, dlaczego jak chce jechać do babci, to przede wszystkim do babci Eli. – Bo tam jest kuzynka Hania – objaśniała. – A dziewczynki razem wymyślają dziewczęce zabawy. Można ubierać lalki. A Filip (kuzyn u drugiej babci) to chłopak. A Klara (kuzynka u drugiej babci) jest jeszcze za mała. Ona tylko te lalki rozbiera...

Pomówiliśmy też o przyszłości.
– Tato? Czy kupisz mi traktor – dopytywała Mała B.
– Myślałem raczej, że będziesz mieć na przykład motor – lawirował z odpowiedzią tausiek.
– Motor też (ach, te dziewczyny ;)
– No, ale to musielibyśmy kupić sobie taki dom na wsi, jakieś gospodarstwo – zaznaczał tatusiek.
– To kupimy. I tam zamieszkamy. A mama będzie tu pilnować mieszkania.
– Mama sama? To będziemy tęsknić!
– Nie będziemy. Mama będzie nas odwiedzać – objaśniła plan.

Mamie nie zrobiło się miło, gdy tatusiek zrelacjonował rozmowę. Ale to przecież takie gadanie. Poza tym wiadomo, że córeczki są tatusiów ;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12