W małym świecie małych ludzi są sprawy wielkie




counter widget
web counter

buy soma






RSS
piątek, 20 listopada 2009
Grunt to dobre wychowanie

Kłaniam! - mówiłaby Mała B., gdyby była najsłynniejszym strażnikiem miejskim w Polsce, a od niedawna całkiem - pożal się boże - politykiem. Ale, że nim nie jest, to mówi zwyczajnie: Dzień Dobry!

Niezwyczajne jest tylko to, że mówi to prawie wszystkim napotkanym osobom. W supermarkecie odpuszcza i mówi tylko wybranym (kryteriów wyboru nie znam, zapytam i wam napiszę. Teraz zapytać nie mogę, bo wróciłem z szychty i dziecka śpią).
Grzecznie mówi to najbliższym sąsiadom, czyli temu, kto akurat minie nas na klatce. Sąsiadom dalszym - tym, którzy mijają nas na chodnikach w naszej wsi. I mówi też dzieciom (tak od gimnazjum).
Zwykle ludzie mile się uśmiechają i odpowiadają. Co zapewne utwierdza Małą B., że słusznie czyni. Czasem - dzieci często - w ogóle nie odpowiadają (są albo zbyt zaskoczeni, albo zbyt w dupie to mają). Wtedy Mała B. ma pewien rodzaj dysonansu poznawczego (zgaduję to po jej minie i zamyśleniu). Ale do tej pory nie spytała jeszcze, dlaczego niektórzy się odkłaniają a niektórzy nie. I czy to co robi, ma sens, skoro zasada się nie sprawdza.

Na razie chamstwo zwalcza dumom i godnościom osobistom, nie poddając się i nadal radośnie meldując napotkanym przechodniom głośne: Dzień Dooobry!

Bo my to w rodzinie grzeczni jesteśmy i trudnimy się zbieractwem (aktualnie liści, które nalepiamy w niewiadomym celu na białe kartki w domu. Bo wydaje się nam, że to fajnie i ładnie).

 

PS Sponsorem wpisu jest Okocim Premium Pils (zdaniem tatuśka jedno z najlepszych ostatnio polskich piw)

środa, 18 listopada 2009
To dziecko nas wykończy

To już pewne. Prędzej czy później się nie obudzimy, albo weźmiemy kąpiel z suszarką.

Mała B. wyznała ostatnio mamuśce podczas zabawy w jej pokoiku, że: "jak wy umrzejecie, to będę duża jak Pipi Langstrump i caaaaaaaaaały dzień będę jadła słodycze!".
Jedyne co nas ocala, to fakt, że Mała B. jeszcze nie zdaje sobie sprawy z tego, że "umrzejenie" można przyspieszyć ;)

 

Tatusiek zastanawia się, na ile wyznanie to ma związek z ROS (Radykalnym Ograniczeniem Słodyczy). Akcję taką wprowadził, gdyż uważa, że jeden cukierek albo lizak w nagrodę za zjedzone śniadanko (albo tak w ciągu dnia po prostu) zupełnie wystarczy. Oczywiście zdarzą się dni, kiedy słodyczków będzie więcej, ale generalnie - szkoda zdrowia Małej B.
ROS połączył tatusiek z ROT (Radykalnym Ograniczniem Telewizji). Po prostu koniec królowania teletubisiów i nękania rodziców kilka razy dziennie, żeby coś tam włączyli na DVD. Wyłączamy telewizor i uruchamiamy go tylko, gdy jest taka potrzeba (rano, gdy tatusiek jeszcze drzemie, a Mała B. niezbyt rozbudzona jeszcze leży obok tatuśka; oraz gdy tatusiek musi sprawdzić, co dzieje się w kraju; i na dobranoc są obowiązkowo Flinstonowie). I zamiast gapić się w ekran, bawimy się. Ostatnio do południa wycinaliśmy stemple z ziemniaków, było super.

Szkoda tylko, że Mała B. akurat od wczoraj ma zatkany nos i katar. Na szczęście zero gorączki i kaszlu. Zapodajemy syropek na przerośnięty trzeci migdał, wciskamy czosnek (nawet nie marudzi, jak go przemycamy do jedzenia), robimy mleko z miodkiem.
Dobrze, że Mała B. od urodzenia chętnie połyka wszystkie lekarstwa, sama siada z aparatem do inhalacji i w ogóle nie marudzi :)

PS. Do zdjęcia anegdota gratis:
Było to na wakacjach. Tego dnia na basenie Mała B. miała jakieś zabawki ze sobą. Ale strasznie spodobało jej się, jak dzieci bawią się pistoletami na wodę. Podczas dreptania do kawiarenki subtelnie - bo ona nie z tych, co rzucają się na glebę - wyznała tatuśkowi, że: takie pistolety są bardzo fajne, prawda? I ani słowa o tym więcej. Choć tatusiek widział, jak świeciły jej się do tego oczy. Swoją postawą tak rozmiękczyła tatowe serce, że zaraz pobiegł do sklepu po ten upragniony pistolecik. Psikaliśmy wujka Ernesta, ciocię Hanię, mamuśkę i było bosko.

czwartek, 12 listopada 2009
Kto ty jesteś? Polak Małysz

Tak. Tak właśnie dziś zarecytowala Mała B. po tym, jak rano uczyliśmy się wierszyka (pozazdrościliśmy Hani Digi-Digi oraz Hani Raj, które to już deklamują z przejęciem).

Tatusiek zaczął więc od rana edukację. A nie było łatwo. Mała B. chyba nie lubi uczyć się tego samego, co potrafią koleżanki. Od początku krzyczała, że nie chce tego wierszyka i już. W końcu jakoś tam zaczęła nawet z zainteresowaniem powtarzać (przy obieraniu ziemniaczków na obiad akurat to się stało). Gdy na koniec postawiliśmy garnek na gaz, tatusiek zagadnął: Kto ty jesteś?
I usłyszał: Polak Małysz :)

Skąd, jak, dlaczego? Może przypomniało się jej, jak w zeszyłym roku krzyczeliśmy: Leeeeeeć Adam, leeeeeeeć! Małysz! Małysz! (bo tatusiek i mamuśka będą mu kibicować do końca świata i jeden dzień dłużej za tych kilka niezapomnianych zim przed TV). Może też oglądanie polskiej reprezentacji (piłka, siatka i ręka) z szalikiem i krzyczeniem: Polska gola! - odniosło taki wpływ, że jej się patriotyzm z kibicowaniem kojarzy?

A może to coś równie niepojętego jak: W imię ojca, i syna i ducha świętego Mikołaja?

PS Dziś tatusiek zarządził w domu ROS i ROT, ale o tym w następnej notce

PS2 Sposnorem wpisu jest wyjątkowo herbatka malinowa, bo coś jesienne osłabienie mam

środa, 11 listopada 2009
Jak oduczyć dziecko przeklinania

Sposób "na Mikołaja"

(dopiero w fazie testów)

Oczywiście najlepiej dziecka przeklinania nie nauczać. Ale zdarza się i tak, że coś usłyszy i przyswoi. Jak więc zniechęcić je do używania? Przed tym dylematem stoją rodzice Małej B.
Z rad babć przyswoiliśmy, że najlepiej nie zwracać uwagi. I w naszej ocenie jest to metoda dobra, choć nie jest doskonała. Uważamy więc, że należy łączyć ją z innymi metodami. Próbujemy właśnie kompilacji z metodą "na Mikołaja".

Komponenty:
- jedno przeklinające dziecko
na przykład takie:

- para zainteresowanych rodziców
- okres przedświąteczny*

Wykonanie:
Ponieważ nie zwracamy szczególnej uwagi na samo przekleństwo (łączenie z metodą ignorowania) ale po każdym grubszym słowie w stylu "k... misiu, jak ty mnie denerwujesz" delikatnie sugerujemy, że Mikołaj już przechadza się za oknami i sprawdza, czy dzieci są grzeczne, czy nie mówią brzydkich wyrazów. Zaznaczamy, że tym, które są niegrzeczne, niebawem włoży w buty kozie bobki zamiast zabawek (Małą B. akurat kozie bobki wielce śmieszą...).

*można użyć - w zależności od zabobonów - w rozmaitych okresach przedświątecznych. Trudno połączyć to np. przed Świętem Niepodległości, ale już na Wielkanoc, gdy przychodzi zajączek z prezentami będzie łatwiej.

DUŻYM DRUKIEM: autor niniejszej notki nie odpowiada za nic. Sami bierzecie odpowiedzialność za to, co stanie się z waszą rodziną i dobytkiem po zastosowaniu tej metody!

PS. Sponsorem wpisu jest Chianti DOCG

piątek, 06 listopada 2009
To koniec The Rolling stones

Trzymajcie się wózków inwalidzkich legendy rocka! Keith już czuje gorący oddech na plecach. Niebawem nikt nie będzie chodził na ich koncerty, ani na Metallice (choć ta podobno i tak skończyła się na "Kill'em all"). BB Kingu, wciągnij brzuch, koniec królowania. Vai może chować wiosło do pokrowca. Odetchnąć mogą jedynie Hendrix i SRV, bo ich już nie ma.

Nadchodzi rockandrollowa Mała B.

 

Bo Mała B. uwielbia gitarkę tatuśka. Często podbiega sobie do stojącej w kącie i brzdąka kostką (bez kostki to dla niej nie jest granie - czyli idzie w ostrą muzę). Czasem jej zainteresowanie intrumentem kończy się kręceniem kluczykami. Trudno pogodzić strój, który jej odpowiada z tym, który woli tatusiek. Więc tatusiek co jakiś czas musi od nowa przygotowywać wiosełko do jego piosenek.

Na razie Mała B. realizuje się w przeboju "Czterech małych murzynków" (tatusiek zaczerpnął go z repertuaru cioci Lucyny, która to mi małemu grała dawnymi czasy i nawet też dawała mi pobrzdąkać na fajnej gitarze - do dziś pamiętam, jak ten instrument pachniał).

Ale "z punktu mając na uwadzę, że" umie wyśpiewać "Warszawskie dzieci", "Poszła Karolinka", "Kaczka dziwaczka" (i prawie wszystkie ine z "Akademii Pana Kleksa" - bo obejrzała cały ten film i lubi to oglądać choć tam jest ten straszny Filip Golarz), i życzy sobie często, żeby jej grać i śpiewać "to z żoną" (czyli dżemowy "Taniec ze śmiercią") można wnioskować, iż niebawem będzie akompaniowała sobie i do innych utworów.

Problem ma tylko tatusiek z uczeniem trzylatki. Widać, że można zacząć szkolić ją (oczywiście na mniejszej gitarce) konkretnego brząkania. Jest w stanie załapać jakieś proste melodie, czy chwyty. Ale ona ma trochę mój - jak mawiał dziadek Aleks - koci charakter - SAMA! SAMA! SAMA! Jest sprytna, angażuje się nawet w długie zabawy. Czasem jednak trudno przekonać ją, by zechciała najpierw coś zobaczyć, a potem naśladować (tak jest np. z pisaniem literek).
I to nawet w tej zabawowej formie - bo coś innego dla trzylatki nie wchodzi przecież w grę. Coś wymyślę... bo fajnie byłoby razem tak na gitarach sobie grać...

 

wtorek, 03 listopada 2009
Bratewka. Szewczyk oczywiscie

Mała B. ma dopiero trzy lata, a już dwa razy była na wakacjach za granicą, leciała Airbusem A320, była na filmie w Imax (to akurat traumatyczne przeżycie dla niej – tu o tym wspominałem), pływała statkiem po Adriatyku i sama obsługuje YouTube (o czym z kolei pisałem tu).

Ale nigdy jeszcze, nigdy nie była w teatrze. Takim prawdziwym dla dzieci. Teraz i to można odznaczyć na liście życiowych przygód.

Wszystko zaczęło się zupełnie niewinnie, tak jak nasza ostatnia wyprawa do sklepu muzycznego po kostkę do gitary, podczas której zupełnie przypadkowo porzuciliśmy auto na Ursynowie i pojechaliśmy metrem do centrum - a tam weszliśmy do PKiN (bo koniecznie chciała zobaczyć, co tam w tym pałacu jest - pewnie słowo pałac działało jej na wyobraźnię).
Zatem kulaliśmy się dziś jak zwykle po łóźku w piżamkach. Zjedliśmy śniadanko w piżamkach. I piliśmy kawkę w piżamkach. To znaczy tatusiek pił, a Mała B. w tym czasie jeździła swoim nowym samochodem, który robi sobie z poduszki i fotela.
Nagle tatuśka jakoś tak olśniło. I sprawdził, czy może jest jakieś przedstawienie dla dzieci. I było. Zadzwonił więc tatusiek z niewielką nadzieją do Teatru Guliwer, bo na stronie napisali, że bilety indywidualnie należy rezerwować pierdyliard miesięcy wcześniej (to taka misja krzewienia kultury w kraju). Miła pani z kasy powiedziała do słuchawki swojego aparatu, że w ogóle to w dni powszednie tylko przedszkola i szkoły przychodzą. Ale – miła była naprawdę! - dodała, że na pewno jakieś miejsce jedno się znajdzie, tylko wpuszczą nas na końcu, jak miejsca zajmą hordy przywiezione autokarami.

Wtedy tatusiek spojrzał na zegarek. Była 10.50. A przedstawienie miało zacząć się o 12. Musielibyście widzieć błyskawiczną naszą akcję. Mała B., której niestety bąknąłem coś o szewczyku Dratewce tak się ucieszyła, że zobaczy teatrzyk, że podporządkowała się wszystkim komendom. Nie uciekała przed ubieraniem, nie błaznowała, za to bez przerwy dociekała: A ten smok?! To dlaczego?!
Jeszcze w samochodzie krzyczała: szybciej! szybciej! I na samochody, które stały na czerwonym też się wydzierała, żeby już jechały.

Na szczęście dojechaliśmy na czas. I dostaliśmy nawet fajne miejsca. Przedstawienie podobało się Małej B. ogromnie, choć było z rodzaju tych, że to bajka w bajce jest opowiadana i aktorzy łażą po scenie z kukiełkami w rękach. Śpiewała piosenki razem z dzieciakami. Z zainteresowaniem śledziła fabułę. Strasznie też podobało jej się składane krzesełko :)

Gdy wyszliśmy pytała tatuśka, czy jeszczce tu przyjdziemy. Potwierdziłem i dodałem, że na inną bajkę. Prawie pobeczała się ze złości, bo ona chciała NA TĄ!!!! NA BRATEWKĘ!! Co jeszcze raz potwierdza, pod jakim była wrażeniem. Ostatecznie dotarło do niej, że można jeszcze oglądać tu inne, równie fajne bajki.

W domu od razu musieliśmy wyciąć kartonowy teatrzyk, zakupiony po przedstawieniu. Z tymi samymi lalkami Bratewki i innych, tyle, że mikro i z papieru.

Na pewno będziemy tam jeździć choć raz w miesiącu. Żadne tam telewizyjne pierdoły nie zastąpią teatrzyku (tu tatuś z rozrzewnieniem wspomniał, gdy sam siedział na sali w toruńskim Baju).

PS  A sponsorem dzisiejszego wpisu jest Żywiec 0,65

PS2 Szkoda, że TVP nie zapodaje, jak kiedyś (np. w ferie zimowe zawsze było) teatrzyków dla dzieci. To była by misja. A nie jakieś grają, srają i bzykają.

PS3 Zdjęć w teatrzyku nie robiliśmy (jak niektóre panie wychowawczynie od hord z autobusów), za to zamieszczamy nasze wspólne z Małą B. rękodzieło: Pana Dynię 2009. Nie mniej straszny, od dzisiejszego STRASZNEGO SMOOOOKA, ŁAAAAAAAAAAAAA!!! (tak Mała B. do wieczora dzieliła się z mamuśką teatralnymi przeżyciami).

 

 

środa, 28 października 2009
Trzylatka + YouTube = niebezpieczeństwo

Tatusiek jest zdumiony. I to podwójnie. Po pierwsze dlatego, że zaczął rozumieć jak niebezpieczny jest internet. Po drugie dlatego, że tak szybko musiał zacząć to rozumieć.

Dokładnie chodzi o to, że całkiem niedawno tatusiek zostawił Małą B. z laptopem sam na sam. No i w tym lapku - jak to często - zapuścił jej na YouTube jakiegoś tam Zająca Poziomkę.
I z przerażeniem dosłyszał z łazienki, gdzie sobie jeździł żyletą po twarzy, że w pokoiku nie rozbrzmiewają już śpiewy niejakiego Poziomki, tylko drą mordy niejacy Kulfon i Monika.

Kiedy tatusiek wpadł do pokoju i nie potrafił sobie jeszcze uświadomić co się stało, Mała B. wyjaśniła rzeczowo, że ona sobie tak „sama włączyłam”.
– Ale jak to zrobiłaś? – dopytywał tatusiek, bo nigdy jej tego nie uczył.
– No tą wskazówką tak kierowałam – pokazała Mała B.
I normalnie kursorem najechała na jakiś filmik i kliknęła klawiszem, żeby się włączył.
Zdumienie – tak, to dobry wyraz. Bo i zdziwiony był tatusiek i za razem dumny. Taka trzylatka, a bystra! Tylko patrzy tymi swoimi malutkimi oczkami, co tatusiek pstryka i rach! ciach! „sama wie”.

No ale oprócz zachwytów są też z tym małe kłopoty. Czemu? Lem powiedział, że zanim nie poznał internetu nie wiedział, że tylu idiotów jest na świecie. Więc część z tych idiotów, albo pryszczatych gimnazjalistów, którzy jeszcze nie załapali się na randki, robi mnóstwo dziwnych filmików i wrzuca na Tube. I co?
I Mała B. zostawiona znów tam kiedyś sama, zapodała sobie piosenkę o pszczółce, która kończyła się zaśpiewem słownomuzycznym że: zrobimy wielką kupę i zerż... Maji d...

I jeszcze była obrażona, że tatusiek jej wyłączył. A jak tłumaczył, że tam brzydkie słowa są, to krzyczała, że właśnie te słowa są fajne.

Dobrze, że nie powiedziała, żebym spier..., co się już niestety
- bo jestem raptus i czasem przeklinam – zdarzyło.

A niedawno jeszcze mówiła tak:

wtorek, 13 października 2009
Kobieta złapana na dziecko
Się nam to zdarzyło dziś, czyli wczoraj (bo tatusiek jak zwykle zasiadł do pisania po "nocnej zmianie" ;)


Się szło nam przez supermarket zgarniając potrzebną do przeżycia paszę i inne. I inne nie potrzebne, albo nadmiarową paszę, bo jak tu Małej B. odmówić kupna, kiedy akurat ona znalazła TO! I TATO! TO JESZCZE!

Się kręciliśmy po tym naszym Auchan jak konie na rondzie. Gdy nagle się nam zaszło do lady z kiełbaskami i mięsem. Się właśnie czailiśmy, by nabyć pyszniutkie paróweczki ze starej wędzarni (bo lubimy  - sami sprawdźcie o ile lepsze od tych tam szmelcowatych berlinek i innych, których nawet się boimy próbować). A tu się nam z za lady wychychnęła taka sprzedawczyni starsza uśmiechnięta.
I tak na Małą B. zapatrzona jakaś (się nam rysuje scena sielankowa). No i zapytała się, jaką to Mała B. życzy sobie kiełbaskę. Się Mała B. nie zastanawiała i od razu wypaliła: Tą długą!
A tatusiek się zestrachał, że pani to weźmie na serio i sprzeda nam taką wielką kichę, której to wcale a wcale nie potrzebowalim!
Jednak ta pani się dobrze znała na dzieciach i na życiu przyjemnym. Bo nie kazała mi nic kupować, ino Małej B. odkroiła od długiej lachy kiełbachy kawał. Obrała jeszcze nożem skórkę i wręczyła. Się wtedy Mała B. ucieszyłą i zajadała, aż potem z tej radości podśpiewywała w sklepie...

Dzisiejsza notka byłą więc edukacyjno-refleksyjno-zadumana. Bo myślał sobie dziś tatusiek - wiecie fajnie jest, jak w takim supermarkecie - gdzie w zasadzie kontakt klient-obsługa bywa zwykle robotyczny - człowiek tak z człowiekiem tak po ludzku się jakoś tam spotka.
Że pani Małą B. tak uwnuczkowiła zupełnie bezinteresownie (przecież nie chciała nam niczego wcisnąć). A jeszcze i wcześniej starszy pan tak z żoną też ją zagadywali i se porównywali, że podobną wnuczkę mają.
Jakiś przyjemniejszy odrobinę świat się robił...

PS. A sponsorem dzisiejszego wpisu jest Koźlak bock beer (tak co raz bardziej odchodzę od mojego przekonania, że to Czesi robią najlepsze na świecie piwo. A może po prostu dawno w Pradze nie byłem?).

PS. A może mini konkurs blogowy: Skąd SIĘ zapożyczyło,
w sensie od jakiego to literata? Kto jeszcze to czyta i pamięta,
a nawet może rozumie? A kto pamięta i rozumie i konkurs rozwiązuje, tego ja obejmę przechowywanym dlań pod żebrem miłosnym wejrzeniem...



poniedziałek, 12 października 2009
Jak ojciec oszalał
To siedzimy razem przy stole: tatusiek i Mała B., której stuknęły już trzy lata i jeden miesiąc. Znów awantura o posiłek - ostatnio to poranna norma (gdzie te czasy przedtrzylatkowe, gdy jadła wszystko sama i do dna?).
Tatusiek w wieku tużprzedzawałowym i ze stresującą pracą łatwo się denerwuje, więc w końcu ostro nakazuje zjadanie chlebka. Przynosi też herbatkę z miodem. Ale Mała B. upiera się, że jak zawsze będzie pić wyłącznie wodę i to nie ciepłą.
Na moje prośby, żeby choć spróbowała herbatki, że tylko łyczek, że nie musi do końca, zaczyna robić scenę. Z płaczem, glutami z nosa i takie tam, jak to potrafią trzylatki.
W odwecie wyłączam bajeczki w TV. Po jakimś czasie, Mała B. się rozchmurza przy tym jedzeniu.
I pyta: - A dlaczego nie oglądamy bajeczek?
- No bo najpierw musisz zjeść śniadanie, dopiero potem włączę Ci bajki.
Odebrała komunikat, spogląda tak ze zmrużonymi oczkami i całkiem serio wali: - Tatuś, ty oszalałeś.

Koniec, kurtyna i w ogóle. Padam na łóżko nie mogąc powstrzymać łez ze śmiechu. Obok rzuca się rechocząca Mała B. i dodaje: - Ty chyba naprawdę oszalałeś!

PS. Sponsorem wpisu jest bułgarska rakija z winogron (ale tylko kielonek) i bułeczki upieczone przez moje panie.
PS.2. Mam nadzieję, że po długiej przerwie znów będzie mi się udawało prowadzić ten nasz mały pamiętnik
czwartek, 23 lipca 2009
Przezywaczki
Ta zabawa domowa zaczyna się zwykle od jednego słówka.
Tatusiek na przykład coś zazrzędzi i powie do Małej B: - Ty jesteś gamoń!
A Mała B. odpowie na to: - A ty jesteś...

I tak zaczyna się obrzucanie epitetami przerywane wybuchami śmiechu. Trwa to zwykle ładnych kilka minut.

Wcześniej Mała B. zwykle nazywała tatuśka tym, na co akurat się spojrzała albo swoimi neologizmami (które z resztą śmieszyły ją najbardziej). Teraz, gdy dobija już do trzeciego roku, zaczyna rozgrywki skojarzeniowe. Ostatnio, gdy tatusiek w zapamiętałej walce nazwał ją nocniczkiem, od razu wypaliła: - A ty jesteś dupa!

Domowych zabaw znamy bez liku. Ale ta - oprócz chowanego (włączając pralkę i szafy) - nie ma równych. Chociaż ostatnio więcej bawimy się na powietrzu. Okazało się, że Mała B. uwielbia piłkę nożną. Niedawno musieliśmy ją siłą usadzić na ławce, bo prędzej zemdlałaby ze zmęczenia, niż odpuściłaby kopanie do bramki.


PS. W związku z "nakazem eksmisji" ruszyliśmy na ostateczne łowy mieszkania. Łatwo nie jest, ale namierzyliśmy ciekawe lokum. Trzymajcie kciuki, by nam się udało, co zamierzamy, to będzie parapetówka, jakiej nie widział nikt...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5